Zima w mieście
ŻycieTo ci dopiero dziwny wpis będzie, bo miastem z tytułu nie jest Tuszyn, a Łódź (!). Trochę mnie naszło na myślenie w piątkowy wieczór.
Siedzę w tej 70-tce. Odprowadziła mnie na przystanek, sam bym go nie znalazł, tym bardziej w śnieżnej zadymce, jaka wtedy była.
Jednak się wahasz. Ten most jeszcze stoi i nie chcesz go palić.
Wyciągam telefon, patrzę na godzinę. 19:07. Wszędzie wokół biało, nie zdarzyło mi się jeszcze oglądać TAKIEJ Łodzi.
Hej, wcale nie musisz go przekraczać. Nawet teraz widzisz na horyzoncie, że istnieją inne.
Wysiadam i idę kawałek, na przystanek PKSa. Ulga, bo autobus stoi. Czyli uda mi się wrócić do domu bez godzinnego stania na przystanku. Staję tam, gdzie śnieg nie będzie mi sypał w twarz. Pod ścianą.
Chcesz uderzać głową w ten mur, aż się rozpadnie... Pomyśl, czy to jest oznaka odwagi, wytrwałości, czy tylko bezcelowy upór?
Podjeżdża niebieski autobus. Za kierownicą Mareczek. Wchodzę, grzecznie mówię dzień dobry i siadam z tyłu.
Nie myśl, że po prostu odejdziesz i będziesz mógł to wszystko obserwować z daleka.
Bateria telefonu tylko do połowy rozładowana. Można spokojnie posłuchać muzyki. Ale jakoś ochota na wyciągnięcie słuchawek nie przychodzi. Chociaż telefon już czeka w wyciągniętej dłoni.
No tak, musisz kombinować. To co jest, nie wystarcza.
19:20, ruszamy. Przez całą drogę praktycznie wzrok wlepiony w dal, przenikając szybę. Ale nie patrzę w jeden punkt, rzucam oczami to na lewo, to na prawo.
Więc widzisz coś tam, w oddali. Ale nie jest to jedna rzecz, jest ich więcej. Nie jesteś w stanie przejrzeć przez tą zamieć, ale te niewyraźne kształty nie dają spokoju.
Cholera! Żebym umiał się ostatecznie zdecydować.
Możesz poznać jedną z tych rzeczy. Decyzja którą, należy do ciebie.
Nie zrezygnuję... Nie od razu.
Zastanów się. Nie wolno ci zapomnieć, że pod nogami cały czas masz grząski grunt.
Sam się wpakowałem w tyle zobowiązań naraz, to i wyplątać się będę potrafił.
Wierzę, ale po co dokładać cały czas kolejne?
By nie tracić bezpowrotnie okazji.
Jakich okazji... Walczysz dzidą z wiatrakami.
Nikt mi nie zarzuci, że odpuściłem tak po prostu.
Nie lubisz wydeptanych ścieżek, co?
Nie! Tak jak jest, nie będzie.
Wiedziałem.
Mogę mieć z tego dużo dla samego siebie, nawet jeśli nic nie wyjdzie.
Weź pod uwagę kolejny, potencjalny upadek.
Nie szkodzi, że mogę przegrać. Wstaję dopóki wiem, po co to robię.
A jak ten cel, przez który upadłeś, nagle zniknie sprzed oczu?
Zawsze jest coś, w kierunku czego mogę się obrócić i tym zająć.
Ciebie własne straty, poniesione przy okazji, nie interesują?
Nie wyobrażam sobie strat, których nie można powetować.
Nie mam już pytań. Wiesz, co robić.
Wiem, co robię.
Do dzieła i powodzenia